niedziela, 11 listopada 2018

Doll Diorama - summer look

 Mamy tak wyjątkowo ciepły listopad, że chyba nie popełnię faux pas prezentując na blogu zaległą letnią sesję? Ponad rok temu postanowiłam wziąć udział w konkursie wnętrzarskim, gdzie trzeba było jednym zdjęciem zaprezentować siebie. Od razu pomyślałam, że stworzona diorama pokaże moją kreatywność a lalki jako dość niecodzienny element przyciągną uwagę jury właśnie do mnie. Niestety konkursu nie udało mi się wygrać, ale jego owocem została ta sesja zdjęciowa. Wyjątkowo się cieszę, że mam zaległości w prowadzeniu bloga, bo obecny stan bez-aparatowy skutecznie uniemożliwia mi stworzenie czegoś nowego.







Prawie wszystkie elementy dioramy są mojego autorstwa (poza płótnem, lampkami, roślinkami i podłogą). Altankę wykonałam z listewek i następnie pomalowałam na biało, a później dodałam szare firany, które na zdjęciach pięknie współpracowały z wiatrem.


































Modelki, których użyłam do sesji to Barbie Kitty Fun na ciele mtm i Iris (którą mogliście oglądać tu i tu). Barbie to jedna z najładniejszych przedstawicielek moldu Generation Girl. Ma bardzo delikatną buzię, fioletowe oczy i piękny uśmiech. Nie mogę zdzierżyć twarzy większości nowych lalek, dlatego moja pierwsza Made to Move (ruda) straciła swoją głowę na rzecz główki Kitty Fun. Tak naprawdę ciało mtm uważam za jedyny plus dzisiejszych lalek - ma świetne możliwości pozowania i bardzo ładnie wyrzeźbione dłonie. Dzięki połączeniu (notabene perfekcyjnie kolorystycznemu) mam swoją idealną mtm :)






A poniżej fotel jajo, tzw egg chair zainspirowany fotelem z MyFroggyStuff (polecam jej kanał wszystkim twórcom) z lekkimi modyfikacjami (mój fotel ma całą bazę wykonaną z drutu - jest sztywniejszych i zawsze zachowuje swoją formę).






Z kolei Iris to lalka, którą mogliście oglądać na blogu już w wielu odsłonach (odnośniki podałam wyżej). Tak naprawdę dopiero na tych zdjęciach widać jej finalną stylizację. Torba i wianek są mojego autorstwa, koszula od Mattela i wspaniałe ogrodniczki od Makarreny. Zerknijcie na te detale na zdjęciach poniżej - jestem totalnie zakochana w tych spodniach!











środa, 12 września 2018

The Look Urban Jungle Barbie

Dziś na blogu - wg kolejności przybycia - powinna pojawić się Superstarka. Niestety przejrzałam jej zdjęcia, które zrobiłam już dość dawno i żadne z nich nie zadowoliło mnie na tyle by mogło pojawić się na blogu. Sesję muszę powtórzyć - niestety dopiero, gdy naprawię stary lub kupię nowy aparat. Dlatego dziś przeskoczymy dalej - do Barbie z serii The Look - modelu Urban Jungle.

Lalkę nabyłam ponad dwa lata temu, kiedy seria cudem pojawiła się w naszych lokalnych sklepach zabawkowych. I... Muszę przyznać, że jest to jedyna lalka z całej mojej kolekcji, do której nie pałam wielką miłością i tak naprawdę nie umiem się do niej przekonać. Wracałam do niej w sklepie chyba ze cztery razy i dopiero po czasie zdecydowałam się na kupno. Dlaczego? Bo to był pierwszy kolekcjonerski wypust Barbie o twarzy Millie i miała grzywkę.


Pierwszą oficjalną lalką z nową twarzą, była playlinowa Barbie Film Director wydana w 2014 roku. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Nadużywany mold Generation Girl z charakterystycznym bąblogłowiem i ogromną ilością makijażu poszedł w odstawkę (wersja GG z powiększoną głową, tzw bubble head), a na jego miejsce dumnie wkroczyła "świeża i naturalna" Millie (nazwa moldu od  nazwiska Barbie Millicent Roberts). Początek był naprawdę ciekawy! Tak jakby w Mattelu coś zaczęło się dziać, firma wyszła ludziom naprzeciw, potem pojawiły się modyfikacje ciał (popularne Curvy, Petite i Tall) oraz ciałka o niezwykłej ruchomości w serii Made to Move. A z tym wszystkim równocześnie pojawił się dramatyczny spadek jakości. Na jakość ponarzekam jeszcze później. Skupmy się na twarzy. Wielu kolekcjonerów ją pokochało, ja jej nie znoszę. Zrobił się jeden wielki bum na Millie. Millie jest nową twarzą, firma promuje ją wszędzie... I... Praktycznie każda Millie wygląda tak samo. Błękitne oczy, słomkowy odcień blondu, delikatne, różowe usta i wchodząc do sklepu dostajesz oczopląsu, a poszczególne lalki odróżnisz tylko po ubranku (oczywiście są wyjątki, kręcone włosy, rude, piegi - ale to pojedyncze egzemplarze). Mattel wciąż promuje trend "bąblogłowia", którego nie znoszę dlatego jedyną Millie, którą mogłam zaakceptować była wersja kolekcjonerska z równie kolekcjonerską wielkością głowy (tj mniejszą). Boli mnie jednak to, że wyraz jej twarzy jest równie nijaki jak wersji playline. Tak naprawdę wygląda jak playline :(

Zero pazura, zero błysku w oku... I kiedy stawiam ją obok moich kolekcjonerskich Barbie... Wygląda biednie i strasznie nijako. I co tu dużo mówić - takie moje rozżalenie trwa nieprzemiennie od jakichś 4-5 lat. Boli mnie jak widzę coraz gorszą jakość, oczy naklejki i niszczenie przepięknych moldów kiepskimi projektami... A na Millie i równie popularnego Karla już nie mogę patrzeć

Tak moja Millie prezentowała się w pudełku. Cieszyłam się, że i tak udało mi się zdobyć ładniejszą wersję ze smuklejszymi oczami.





Jej buzia nie porywa, ale jest sympatyczna, grzywka dodaje jej uroku (wg mnie), ale nie widzę w niej nic z lalki kolekcjonerskiej. 


Spódnica zrobiona jest z dość taniego sztywnego materiału, na szczęście "skórzana" kurtka jeszcze ma podszewkę. Lalka dostała okulary przeciwsłoneczne, plastikowy naszyjnik, gazetkę i kubek z kawą. Pocieszający jest fakt, że ma jeszcze kolekcjonerskie ciałko. Tułów to sylwetka model muse, do tego pivotalowe dłuuugie szczupłe nogi i dłonie  niestety już jak od Fashionistas. Wiem, że dużo osób domaga się artykulacji u lalek, ale dobre model muse w tym przypadku dla mnie zalatiwłoby sprawę.





Moim ulubionym elementem całej stylizacji są tak naprawdę buty. Projekt jest ciekawy, do wykonania oczywiście można by się przyczepić, ale ogólny zarys jest na plus.


 Nie wiem czy ją lubię, czy nie. I tak stoi na tej mojej półce - chyba tylko ze względów kolekcjonerskich, by mieć choć jedną taką sztukę.

 Kocham Barbie od dziecka, pasjonuję się jej historią, dużo czytam i dużo wiem, ale bardzo nie podoba mi się to w jakim kierunku idzie firma matka. Kiedy nawet kolekcjonerskie egzemplarze nie przyciągają uwagi i strach je kupować na portalach aukcyjnych, bo w każdym przypadku można dostać bubla. Żywię ogromne nadzieje, że przyszły rok - 60 lecie najsłynniejszej lalki świata - przyniesie jakieś pozytywne zmiany, bo jak na razie jedyne co mi się ciśnie na usta to: "What the hell, Mattel?"

poniedziałek, 16 lipca 2018

Doll Diorama 1/6 scale

Od zawsze miałam w sobie duszę majsterkowicza. Odkąd pamiętam robiłam drewniane mebelki dla lalek, a mój tata kiedyś w ramach prezentu kupił mi małą piłę ręczną i skrzynkę uciosową (to taki blok - mój jest drewniany - który służy do cięcia desek/listewek pod kątami: prostym i 45 stopni). Jakiś czas temu mojemu bratu urodziła się córeczka - a ja wymarzyłam sobie, że za kilka lat zrobię jej najcudowniejszy domek dla lalek! Nie mogłam jednak zacząć od tak. W ramach przygotowań postanowiłam zrobić coś dla siebie i swoich lalek, żeby wypróbować swoje szalone pomysły.
A mianowicie dioramę, która będzie stanowiła tło fotograficzne dla moich lalek!

Od czego zaczęłam? Internet jest pełen inspiracji, czy to w lalkowej czy ludzkiej skali. Po przejrzeniu setek zdjęć pojawił się pomysł - następnie trzeba było przejść do realizacji. Nie obyło się bez planu działania.

Na samym początku trzeba było zebrać odpowiednie materiały i sprzęt. Do wykonania swojej dioramy użyłam:

- sklejki o wymiarach 40x80cm o grubości 1,2cm
- listewek balsowych o wymiarach 3x3mm oraz 5x5mm (długość 1m)
- bejcy do drewna
- farby
- szpatułek laryngologicznych (ok 70 sztuk, wymiary ok 1,5x13,5cm)
- kleju do drewna
- wkrętów do drewna

Potrzebny sprzęt:

- ołówek
- linijka
- piła ręczna/piłka
- papier ścierny
- skrzynka uciosowa
- pędzle (do kleju i farby)
- wałek
- skalpel
- szmatka (do wcierania bejcy)
- zaciski
- wyrzynarka
- szlifierka
- wiertarko-wkrętarka

I na sam koniec mnóstwo cierpliwości :)

Całą pracę należy zacząć od wykonania projektu - bez tego ani rusz. Swoją dioramę robiłam dla lalek Barbie i Integrity Toys, więc 11,5" i 12". Chciałam by wyglądała jak najbardziej naturalnie, dlatego wymiary zostały odpowiednio zwiększone - tak by wraz z głową lalki nie kończyła się wysokość ściany.

Na kawałku sklejki wyrysowałam wszystko ołówkiem zachowując wyznaczone wymiary:
- podłoga 40x35cm
- ściana 40x45cm
Dwie dolne linie to wysokość podłogi przy ścianie - specjalnie je zaznaczyłam, ponieważ w tym miejscu miały być ze sobą połączone i od tego miejsca mogłam zacząć projekt dalszej części ze sztukaterią. Przecinamy naszą sklejkę wzdłuż dolnej linii - teraz już mamy odrębnie "podłogę" i "ścianę".





Najwięcej zabawy jest z podłogą. Zamarzył mi się wzór w tzw jodełkę. Materiałem na podłogę zostały szpatułki laryngologiczne, których już w tym momencie nie polecam! Szpatułki są bardzo twarde, nierówne (część jest grubsza, część cieńsza, węższe, szersze - mimo, że na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie) - co powoduje, że czas ich docinania i dopasowania znacznie się wydłuża.
Docięte na wymiar deseczki (ok 1,5x6cm, tak by pokryły całą podłogę) dopasowałam na sklejce przed przyklejeniem. Kiedy efekt mnie zadowolił - zaczęłam kleić (koniecznie trzeba użyć kleju do drewna). Efekt na poniższym zdjęciu - jak widać brzegi nie są proste. Zanim zostały wyrównane podłoga została przyłożona inną sklejką i ściśnięta zaciskami - tak spędziła noc, by klej dobrze związał.






Następnego dnia do użycia weszły ciężkie sprzęty mojego taty - tj wyrzynarka i szlifierka. Oczywiście sprzęty elektryczne można zastąpić odpowiednio piłką i papierem ściernym - ale jeśli mamy taką możliwość korzystajmy z dobrodziejstw technologii. Znacznie przyspiesza to czas pracy i wg mnie jest bardziej precyzyjne. Najpierw wyrównałam wystające elementy szpatułek za pomocą wyrzynarki, następnie zeszlifowałam całą powierzchnię podłogi (widać, że drewno zyskało nieco jaśniejszy kolor).







Podłogę można zostawić w takim stanie jak jest lub zabezpieczyć bejcą, farbą do drewna czy woskiem. Ja chciałam by podłoga zyskała nowy kolor, dlatego też użyłam szybkoschnącej lakierobejcy w kolorze brązowym. By uzyskać naturalny efekt - podłogi nie malowałam, a posłużyłam się szmatką by bejcę wcierać w drewno. W taki sposób drewno chłonie tylko określoną ilość bejcy, a efekt możecie oglądać poniżej. Widać nierówności, a podłoga wygląda jakby była podpalana. Uzyskałam efekt nierównego, 100 letniego parkietu :)






Skoro parkiet jest gotowy - czas zająć się ścianą. Wymyśliłam sobie określony wzór. W tym celu docinałam odpowiednie listewki na określoną długość i następnie ich końce pod kątem 45 stopni, by ładnie stykały się na łączeniach - listewki balsowe są tak miękkie, że można je docinać skalpelem lub ostrym nożykiem.






Po docięciu wszystkich elementów  listewki smarowałam klejem do drewna za pomocą pędzelka i umieszczałam we wcześniej wyrysowanych miejscach. W tym momencie zostawiamy naszą ścianę by klej spokojnie związał - przynajmniej na 2-3 godzinki. Tak wygląda gotowa ściana:





Następnie przechodzimy do malowania. Jestem fanką szarości - więc nic dziwnego, że moja ściana również jest szara. Malowanie zaczynamy od wszystkich kantów - tzn listwy, brzegi przy listwach malujemy pędzelkiem, duże płaskie powierzchnie wałkiem - dzięki czemu farba zostanie rozprowadzona równomiernie. Po pomalowaniu zostawiamy naszą ścianę do wyschnięcia - dajmy jej przynajmniej noc.





Kiedy ściana jest już sucha - przechodzimy do łączenia elementów ze sobą. Na brzeg podłogi nakładamy klej i zestawiamy podłogę ze ścianą. Żeby sklejka nie pękła - najpierw nawiercamy z tyłu otwory wiertłem, a dopiero potem wkręcamy wkręty. Dzięki użyciu kleju i wkrętów mamy pewność, że konstrukcja będzie stabilna. W tym momencie nie bójmy się prosić o pomoc - przyda się ktoś, kto pomoże ustabilizować łączone elementy. Bo chyba nie chcemy żeby cała nasza praca poszła na marne? :)

Zwieńczeniem pracy jest przyklejenie wcześniej pomalowanej listwy przypodłogowej - w moim wypadku jest w kolorze parkietu, ale może być i w kolorze ściany.





Teraz czas znaleźć modelkę i można robić zdjęcia :)